Artykuł autorstwa Benjamina Rowe
Wszelka skuteczna magia opiera się na trzech podstawach: wyobraźni, emocjach i odczuciach. Wszystko inne – wszystkie słowa, gesty, narzędzia i stroje, wymyślne kręgi i sprzęty – służy wyłącznie umocnieniu i zogniskowaniu tych trzech zdolności. Jeśli którejś z nich brakuje, przedsięwzięcie przypuszczalnie się nie powiedzie, ale opanowawszwy biegle wszystkie trzy, można obejść się bez praktycznie wszystkich innych rzeczy, które według niektórych są absolutnie niezbędne w praktyce magicznej.
Spośród tych trzech czynników to emocje napędzają całe przedstawienie; emocje pochodzące z wnętrzności, nie z serca. Pójdę nawet dalej: moc, która stoi za magią, to nawet nie tyle emocje (uczucie), co namiętność. Namiętność w sensie przemożnego pragnienia, żeby zetknąć się z tym, co się inwokuje; pragnienia, które nie nakłada na ten kontakt żadnych ograniczeń, ale jest tak jednostronne, że w jego zasięg wchodzi tylko ta jedna inwokowana moc. I namiętność w sensie bezgranicznego entuzjazmu dla poczynań, przy pomocy których dąży się do osiągnięcia tego kontaktu. Przyznaję, jest to przypadek wyidealizowany. Ale im bardziej się do niego zbliżyć, choćby na kilka chwil, tym większa szansa, że przedsięwzięcie się uda.
Ta szczególna, dążąca do kontaktu namiętność wytwarza magiczną więź pomiędzy magiem a tym, co ten mag inwokuje – albo poszerza ją i wzmacnia, jeśli taka więź już istnieje. Emocje całkiem dosłownie tworzą między nimi coś jakby kanał czy pępowinę, przez którą mogą w obie strony przepływać energia i wiedza. Więź staje się tym silniejsza, im silniejsze są emocje i im mniej energii marnuje się na zabłąkane myśli i rozpraszanie uwagi. Tak więc najbardziej pożądana jest jednostronna koncentracja.
Do tego ograniczenia, jakie mag nakłada na upragniony kontakt stają się ograniczeniami samej więzi, zmniejszając jej “przepustowość”. Jeśli mag będzie się upierał, żeby duchowa moc czy istota zamanifestowała się w pewien konkretny sposób, to szanse na jej pojawienie się będą mniejsze – albo manifestacja będzie słabsza. Ale w przypadku bezwarunkowego pragnienia doprowadzenia do kontaktu prawdopodobieństwo reakcji będzie znacznie większe, a kiedy już reakcja się pojawi, będzie silniejsza. Jeżeli więc mag odprawiający rytuał w celu zdobycia pieniędzy pragnie, by pojawiły się one w postaci czeku, szanse, że mu się uda, są znacznie mniejsze, niż gdyby był gotów przyjąć je w każdej formie.
W swej najdoskonalszej postaci ta bezwarunkowa namiętność staje się niemal nieodróżnialna od tego, co nazywa się Miłością Bożą – od najbliższego transcendentalnemu stanowi matczynego aspektu boskości stanu, jaki da się (w światach manifestacji) osiągnąć. Taka namiętność przeradza się w stan czystego związku, czystej Miłości, w którym zacierają się wszelkie rozgraniczenia. Znika tak natura maga, jak i natura inwokowanej istoty, obie bez reszty zatracone w łączącej je więzi.
Wyobraźnia to środek (czy raczej umożliwienie działania środkowi), dzięki któremu magia przynosi efekty. Wszystko wskazuje na to, że osobista wyobraźnia płynnie wtapia się w światło astralne, w rozleglejszy magiczny wszechświat; nie da się jednoznacznie wskazać granicy, za którą kończy się jedno, a zaczyna drugie. Obiekt, który był początkowo tworem czysto wewnętrznym – zbudowanym i podtrzymywanym przez wyobraźnię maga, napędzanym siłą jego emocji – może przenieść się w światło astralne i zacząć żyć swoim własnym, niezależnym od jego twórcy życiem. Może gromadzić pewien rodzaj magicznej mocy albo stać się dla niej naczyniem i zacząć oddziaływać na swojego twórcę (albo innych ludzi) na sposoby, do których nie wystarczy sama tylko wyobraźnia maga.
Bywa też na odwrót: istoty i moce funkcjonujące na poziomach, których mag jeszcze nie postrzega, mogą mu się ujawnić poprzez jego bierną, nastawioną na odbiór wyobraźnię, uświadamiając mu istnienie innych światów doświadczenia i wprowadzając go w nie.
Wykorzystywane w magii symbole to kształty, które po wyobrażeniu ich sobie wykazują tendencję do ściągania ze światła astralnego pewnych konkretnych rodzajów mocy, zawężonych jeszcze przez intencję maga. W rezultacie kształt naczynia decyduje o tym, co można w nim umieścić; proste figury geometryczne (takie jak pentagram i heksagram) przyciągają stosunkowo czyste, podstawowe moce; złożone symbole (na przykład godformy ) przyciągają odpowiednio złożone kombinacje mocy.
Kiedy mag rzutuje wizerunek symbolu na swoje otoczenie, powstaje magiczna przestrzeń, w której panują warunki nakłaniające światło astralne do zgodności z tym symbolem. Obszar ten staje się bardziej atrakcyjny dla inwokowanych rodzajów mocy, wygodniejszy dla istot magicznych, których naturę odzwierciedla dany symbol. Świat magicznych mocy i świat maga przecinają się wtedy, umożliwiając wzajemne oddziaływanie.
(Szczegółowy opis praktyk służących rozwinięciu wyobraźni i stworzeniu magicznej przestrzeni ogólnego użytku można znaleźć w moim artykule A Short Course in Scrying. Niniejszy tekst pokazuje na konkretnym przykładzie, jak wykorzystuje się te dwie rzeczy w sceremonializowanych rytuałach.)
Trzecim filarem i ostatecznym kluczem do osiągnięcia sukcesu w magii jest coś, co nazywam czuciem albo odczuciem. Żeby spowodować faktyczne zajście pożądanych warunków, trzeba wytworzyć w sobie wrażenie czy też odczucie, że stworzone przy pomocy wyobraźni obiekty są rzeczywiste, a cel operacji już został osiągnięty. Kiedy w magicznym wszechświecie postępuje się tak, jakby jakaś rzecz była rzeczywista, staje się ona rzeczywista. To odczucie rzeczywistości jest takim pociągnięciem za cyngiel, które wyrzuca symbol z wyobraźni w światło astralne.
Łatwo to opisać, ale wygląda na to, że w praktyce to właśnie ten trzeci czynnik przysparza większości ludzi najwięcej trudności. Winne jest zwykle intelektualne zwątpienie (”Przecież wiem, że tylko to sobie wyobrażam”) albo różnego rodzaju lęki (na przykład “A co jeśli od tego zwariuję?”) Mag musi na czas trwania operacji bezwzględnie usunąć jedno i drugie ze świadomości. Kiedy skończy pracę, może sobie wątpić i drżeć ze strachu, ile mu się podoba; pewna domieszka zwątpienia i krytycznego podejścia jest w tedy całkiem zdrowa i na miejscu. Ale w czasie rytuału musi być całkowicie skupiony na odczuwaniu (nie myśleniu!), że to, co tworzy, jest realne.
Niektórzy mogą się obawiać, że myśl, według której “wiara przenosi się na rzeczywistość” jest w istocie formą autohipnozy czy oszukiwania samego siebie poprzez zmniejszenie zdolności do krytycznego myślenia. Tych obaw pozwala się pozbyć odprawienie rytuału z autentycznym powodzeniem. W którymś momencie operacji zostaje przekroczony pewien próg: siła inwokacji wywołuje (silniejszą od niej) reakcję pochodzącą skądś z zewnątrz maga. Wydarzenia w jego magicznej przestrzeni zaczynają żyć własnym życiem, przynajmniej częściowo niezależnym od jego woli. I – co najistotniejsze – zaczynają przejawiać intensywność, bogactwo i fakturę, których wytworzenie przy pomocy samej tylko wyobraźni jest po prostu niemożliwe, choćby się było i najbieglejszym w posługiwaniu się nią. Raz tego doświadczywszy, nawet sceptyczny umysł będzie musiał przyznać, że wydarzenia te są w pewnym sensie “rzeczywiste”, nawet jeżeli nie są rzeczywiste w tym samym sensie co bardziej przyziemne zdarzenia.
A zatem żeby magia działała skutecznie, emocje muszą wytworzyć więź z zewnętrznym wszechświatem magicznym, wyobraźnia musi zogniskować tę więź, skupiając ją na wyznaczonym celu, a odczucie musi potwierdzić realność pożądanych rezultatów. Pełen sukces nie nadejdzie za pierwszym razem; u większości ludzi nawet nie za pięćdziesiątym. Uwarunkowanie umysłu do właściwego przeprowadzania praktyk magicznych wymaga czasu. Ale już osiągnięcie jednego sukcesu sprawia, że kolejne przychodzą częściej.
całość artykułu jest dostępna pod adresem: www.czarymary.pl/browe.html
Ostatnie komentarze